Zbawca

Gdzie kończy się poselska godność?

Tak więc stało się. Ja, pokorny druid, człowiek oddany naturze, zyskałem wdzięczność króla, a co za tym idzie wystawny dom w stolicy i obietnicę przyznania tytułu szlacheckiego. Ja, który dotychczas stronił od miast, przedkładając nad to wolność i dzikie ścieżki. Jednak coś się zmieniło, coś we mnie … ewoluowało. Od małego zapatrzony w potęgę starszych z Kręgu, teraz widzę drogę do mocy przewyższającej to, co znali. Zadziwiające, jak doświadczenia zmieniają człowieka – im więcej potrafię, im dokładniej znam naturę, tym bardziej dociera do mnie, że aby ją dobrze chronić potrzebuję tego, w co tylko “ludzie” mogą mnie zaopatrzyć. Chodzi tu oczywiście o potężne artefakty, zdolne poszerzać możliwości ich posiadacza, zdobyczne, bądź kupione. I tak oto druid, obrońca natury, wpada w sidła pieniądza, zguby ludzkości. Jednak mniejsza o światopoglądowe dywagacje, ważniejsze jest to, co nas spotkało po wizycie u króla Halaana.

Nasze posłannictwo do Zalarenn zostało potwierdzone, przy czym król podkreslił jego wagę. Od naszego wstawiennictwa zależą losy królestwa Turthor – jeśli Zalarenn nie sprzymierzy się z nami, tylko utrzyma zwyczajową neutralność, królestwo północy upadnie pod naporem armii wychodzących z Kaylah. Co gorsze, nie będą to już niedługo tylko elfy. Z wiadomości zdobytych od uchodźców wiadomym mi jest, że Radeng robi co w jego mocy, aby przywrócić Mellifleura na nasz świat. Dostał się już na plan Gehenny, którym “bóg” nekromancji ma władać, i nie ustaje w powiększaniu wpływów nowej Plagi. Tak więc nalezy już niedługo spodziewać się, że zauroczone, głupie elfy zostaną zastąpione przez plugawiących świat nieumarłych. Otrzymaliśmy więc od króla, za pośrednictwem Antoniego, list żelazny, potwierdzający statów posłów, i za pomocą magii teleportacyjnej udaliśmy się do stolicy Zalarenn, Kendraquippy.

W mieście tym, po nieudolnej adaptacji do niesamowicie gorącego klimatu, udaliśmy się do straży, gdzie poinformowano nas, iż na audiencję zostaniemy przyjęci dopiero dnia nastepnego, gdyż Rada Starszych jest czymś bardzo zajęta. Udaliśmy się więc do karczmy, gdzie spotkaliśmy kilku nietypowo zachowujących się i niepasujących do tego miejsca elfów. Oczywiście, nasza droga mniszka poleciała do nich z marszu, jakby oczekiwała jakiegoś zbawienia. Co naturalne, nic ich ona nie obchodziła, ale widać już taka jest, skoro uwielbia, gdy ktoś ją ciągle ma za nic, i porzuca (za doskonałym przykładem nieocenionego wolnego ducha, Romeo, od dwóch dni kupującego bułki, na wieść o ciąży Adrihiel). Nie wiem, czy można jej ufać, ale elfie głowy z chęcią oglądałbym na palach przed murami miasta. Mając dość ich widoku, uznałem, że dobrym pomysłem będzie zarobienie trochę grosza. Uadłem się poza miasto, gdzie za skromną opłatę postarałem się, aby jeden z farmerów miał w tym roku plony większe niż zazwyczaj. Mimo pozyskanych pieniędzy, nadal mam wątpliwości, czy powinienem pomagać ludziom w wydzieraniu pustyni ziemi na zasiew. Gdy wróciłem do miasta, zastałem część drużyny przy dziwnej budowli “piramidzie” – obecnie muzeum. Pozostała część dnia upłynęła nam na rozpoznawaniu się w topografii miasta i miejscowych zwyczajach, a także szukaniu odpowiedniego wyposażenia, niestety, w to ostatnie miasto nie było zbyt dobrze zaopatrzone.

Wieczór upływał nam dość beztrosko, do momentu, gdy poselstwo Kaylah wróciło do karczmy – chcąc wyszpiegować od nich jakieś informacje, jako mucha śledziłem ich aż do pokoju, który okazał się leżeć tuż obok naszego. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle wydarzyło się coś, co nie powinno mieć miejsca – elfy złapały naszą hybrydę na podsłuchiwaniu. Nie wiem, może specjalnie chciała się podłożyć, żeby zdyskredytować naszą misję w oczach Rady? Bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ktoś uważał, że posłów królestwa znanego z magii da się ot tak podsłuchać przez drzwi. Miedzy nimi a nami zaczęła się niemal burda, wezwano straż, na co musiałem zareagować. Pomachałem im przed nosem glejtem, i poprosiłem, żeby przestali wtrącać się w waśnie między Kaylah i Turthor. Na szczęście, podziałało, musieliśmy jednynie stawić się nastęnego dnia na posterunku straży.

Kolejny dzień, miał być decydującym dla losów wojny. Na obradach nie udało nam się przekonać Rady do naszych racji, ale powstał w niej bardzo korzystny dla nas rozłam. Młodsi członkowie zrozumieli zagrożenie, i uznali nasze racje. Gdy audiencja dobiegła końca, podszedł do nas jeden z nich, i przedstawiając się jako Samael, przywódca Klanu Smoczej Łuski. Przybliżył nam obecną sytuację w Zalarenn – nawet jeśli Rada nie zgodzi się na wysłanie pomocy zbrojnej dla Turthor, władzę nad wojskiem sprawują trzy klany bitewne: Smoczej Łuski, Lwiego Kła i Białego Kruka. Wystarczy, aby dwa z nich wyraziły dla nas swoje poparcie, a zdobędziemy to, po co tu przybyliśmy. Udaliśmy się więc na poszukiwania pozostałych dwóch przywódców. Lewiatan, potężny człowiek, zgodził na się wspomożenie nas wojskiem wzamian za rozwiązanie problemu niebieskich smoków, które co jakiś czas atakują miasto. Wskazał jako ich siedzibe górę na południowy wschód od miasta. Drugi z liderów, Astaroth, nie był wobec nas zbyt przychylny, ale udało nam się wydostać z niego, za co mógłby nam pomóc. Opisał nam zjawisko Garncarza, i powiedział, że ostatnio wyrzeźbiona została jego córka.

Udaliśmy się najpierw do mieszkania Garncarza. Przed nim stał stos do palenia ofiar, i piec garncarski. Wewnątrz mieszkania zastaliśmy jąkającego się człowieka, który w swoim transie zsyłał śmierć na mieszkańców własnego miasta. Otaczały go półki pełne garnców z niewiarygodnie szczegółowo oddanymi twarzami ludzi. Biła od nich silna magia, którą udało nam się zidentyfikować jako neutralną magię objawioną. Jednak poza tym, w mieszkaniu nie znaleźliśmy nic, co mogłoby nas nakierować na właściwy trop, sam garncarz też niewiele nam pomógł. W poszukiwaniu informacji poszliśmy do miejskiej bilbioteki, gdzie po długim czasie, ustaliliśmy, że klątwa garncarza wynikła z podpisania w zamierzchłych czasach paktu pomiędzy mieszkańcami Kendraquippy a dawno zapomnianym bóstwem. Z racji na to, że piramida jest najstarszą budowlą w mieście, tam skierowaliśmy swoje kroki. Przekupując strażnika, odnaleźliśmy w środku hieroglif przedstawiający oko, otoczone płomieniem, jako symbol tego boga. Ofiary z ludzi, plagi lub zagadkowe śmierci w razie ich niezłożenia, bóg ognia… Kto za tym stoi, gdzie znaleźć rozwiązanie tej zagadki? Mamy już tylko trzy dni. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to wypytanie o to miejscowych kapłanów, przetrząśnięcie miasta w poszukiwaniu starodawnych katakumb, świątyni lub ołtarza. Czegoś nie zauważyliśmy, nie mogę tylko powiedzieć, czego…

Comments

Formchanger

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.