Zbawca

Konfrontacja z żywiołem, z deszczu pod rynnę

Tak więc kontynuowaliśmy naszą podróż przez trzewia Góry Atum. Tunele zapowiadane na siedliszcze żywiołaków ognia okazały się skrywać znacznie gorsze tajemnice. O ile uprzednie spotkanie z nieumarłym, który zmroził krew w żyłach niektórym z moich kompanów, można było wytłumaczyć w jakiś sposób, to reszta korytarzy i pomieszczeń jasno pokazywała, że mamy do czynienia z kryjówką nekromanty. Okazało się to oczywiste, gdy tylko Aridhel, jak na osobę o krwi zwinnych elfów, nabiła się z impetem na drewniany zaostrzony pal, pułapkę pod iluzją podłogi. Gdy już doszła do siebie, a my ruszyliśmy dalej, i po pokonaniu w wielce wyrafinowany sposób przeszkody w postaci drzwi, natknęliśmy się na trójkę nieumarłych, pilnujących pokoju czarnoksiężnika. Po szybkiej walce z truchłami (muszę chyba wziąć do serca słowa Thyrona, że druid nie powinien walczyć ludzką bronią, a kształtować otaczający go świat…), zaczęliśmy przeszukiwanie. Kapłan rzucił się z furią na onyksy i zaczął je niszczyć, a mi udało się odnaleźć pęk kluczy, których przeznaczenia niedługo się dowiedziałem.

Wkrótce udaliśmy się dalej, i przed kolejnymi drzwiami Dave dał się złapać w pułapkę z zatrutą strzałką. Na szczęście, nie była to jakaś silna trucizna, gdyż nikt z nas nie był w stanie sobie z nią poradzić. W pomieszczeniu odnaleźliśmy pancerz (zawłaszczony błyskawicznie przez Gormaka, ale przecież to jemu przyda się najbardziej), łuk, który wziął bard, oraz w skrzyni płaszcz i buty o nieznanych mi właściwościach (te przywłaszczyłem ja, w obawie przed krasnoludem, lecz później sprawiedliwie je rozdzielono), i sakwę z kośćmi do podziału. Po wyjściu w jednym z zamkniętych pomieszczeń znaleźliśmy wygłodniałych górników ocalałych z masakry i nakarmiliśmy ich, oferując ochronę w drodze do domu. Z racji na stan naszego kapłana, udaliśmy się na odpoczynek do wioski u podnóża góry, gdzie powitano nas, i uratowanych ludzi, radością i gorzałką.

Następnego dnia ruszyliśmy na spotkanie żywiołaków, zostawiając w karczmie pijanego w trupa krasnoluda. Gdy spotkaliśmy już władców ognia, uderzył mnie majestat i pierwotna moc tych istot, padłem więc przed nimi w szacunku i nadziei, że kiedyś, jako potężny druid, będę w stanie nad takimi jak one panować. Jedyne, co udało się Dave’owi osiągnąć w rozmowie z nimi, to deklaracja, że opuszczą kopalnię, gdy wydobędą wystarczająco dużo adamantytu. Po tych ustaleniach udaliśmy się do Kaylach (z dość zabawnym w moim wykonaniu incydentem z inteligentnym strażnikiem przy wulkanie), gdzie Adol, w zamian za wyświadczone przysługi i odrobinę cennej dla niego rudy zgodził się wykonać dla nas potężne przedmioty. Ciekawym, czy dobrze wybrałem.

Poszedłem później wypytać strażników przy bramach, czy nie widzieli przypadkiem Grenharda. Jak się okazało, nie dość że widzieli, to miał on być dziś oskarżonym w procesie. Sam proces był ewidentnie stronniczy, i wydaje mi się, że obrona w wykonaniu Romeo nie miała żadnego znaczenia, a tylko zaprowadziła tego nieszczęśnika do więzienia. Co oczywiste, proces skończył się publiczną egzekucją Grenharda. Natomiast, w zamian za wypuszczenie z więzienia naszego barda, dostaliśmy zadanie przekazać głowę posła na ręce króla Turtor. Coś czuję, że długo nie pożyjemy…

Comments

Formchanger

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.