Zbawca

Następne dni...

Jest coraz gorzej, walka o Vandheim wydaje się taka odległa i bezsensowna. Miasto i tak upadło. Plaga jest coraz bliżej Turthor, co gorsza orki rozpoczęły natarcie ze wschodu. Ludzie wycofują się na północny zachód co mnie niepokoi powinni zostać w mieście, powinni bronić stolicy. Wiem że to co mówię jest okrutne, jednak jeśli stolica upadnie nie będzie dla nich nadziei.

Co do samej drużyny, jest źle nie byłem przy nich ostatnio. Gromak prawie zginął na stosie bo jakiś garncarz wyrysował jego na garnku. Według wierzeń Zalarenn każdy kto znajdzie się na garnku musi zginąć, albo na miasto zejdzie nieszczęście.

Gormaka z płomieni uratował Thomas, spotkaliśmy się w końcu w Turthor wszyscy poza Jonaszem. Była tam nawet Evelyn co jest dobre, bo teraz każdy zdolny walczyć powinien to robić.
Moim zdaniem morale drużyny słabną, Thomas mówi nawet o ucieczce z rodzinnego planu.

Nie było mnie przy nich jednak z tego co mówili już przed Gromakiem sprawy nie szły im najlepiej. Mieli załatwić tak potrzebnych żołnierzy z Zalarenn. Ponoć rada starszych się nie zgodziła, na szczęście to nie ona ma władzę wojskową. Trzy klany rządzą armią. Trzech dowódców.
Jeden chciał pomóc, jeden chciała odzyskać klejnot z jaskini błękitnych smoków, ostatni chciał uratować córkę- poprzednią ofiarę garncarza. Jednak zawiedliśmy.

Zaraportowaliśmy o tym Halaanowi V Turthor, to nic nie dało. Król co prawda podkreślił że potrzebne są siły zbrojne z Zalareen, jednak przypomniał nam o planie na którym znajduje się ten upadły bóg. Ja nawet do końca nie wiem o co z nim chodzi, jednak wszystko wskazuję na to, że zakończenie wojny będzie wymagało wysłania żołnierzy na ten plan.

Moim zdaniem mały oddział ma tam większe szanse powodzenia, niż duża armia poza tym duża armia musi bronić stolicy. Niestety trzeba przyjąć założenie że ten mały oddział nigdy nie wróci.

Tak czy inaczej mając dwie opcje do wyboru: uderzać na siedzibę wroga, lub wzmocnić swoją pozycję. Wybraliśmy tą drugą, ja i Loralynn przedostaliśmy się do Kendraquippa, reszta drużyny jest tam ścigana za uratowanie Gormaka.

Od Radnych dowiedzieliśmy się, że Tarask idzie w kierunku miasta, i to jest ta zagłada za którą Ci poganie palą ludzi na stosie. Co ciekawsze regularnie polują na bestię i ją prawie uśmiercają. Niestety teraz nie mogę sobie pozwolić na osobisty komentarz w tej sprawie, potrzebuję ich wojska.

Udało nam się osiągnąć pewien sukces z dowódcami klanów. Dwóch co prawda poszło walczyć z Taraskiem. Ten który stracił córkę został i zgodził się wspomóc nas jeśli choć jedne z pozostały nas wspomoże. Wykonaliśmy też zadanie ze smokami, jednak dowódca drugiego klanu po walce z bestią nie zgodził się nas wspomóc w walce tylko dlatego, że zabiliśmy smoki i odzyskaliśmy jego klejnot.

Co gorsza ten który chciał nam pomóc zginął w walce, na szczęście już wiem kto jest jego następcą. Trzeba go przekonać jeśli on się zgodzi nam pomóc cała trójka się zgodzi.

Następne dni napawają mnie lękiem. W snach mam koszmary Vandheim miało być przełomem, ponad 40 tys. zabitych, a siły wroga ciągle rosną w siłę. Teraz nie wiem czy obrona miasta miała jakiś sens, chyba powinniśmy ich wycofać od razu do stolicy. Teraz już i tak za późno. Jeszcze orki nie widzą tego co się dzieję, krasnoludów już nie ma. Ja nie żartuję, nie były przygotowane na atak, nawet nie chce myśleć co je spotkało.

Wszystko wskazuję, że następne dni dla nas będą zwykłą statystyką, oczywiście jeśli Zalarenn nas wspomoże. Tu poświecimy 3 tys. ludzi, aby gdzieś indziej uratować 4 tys. Co gorsza jeśli nie damy rady w Zalarenn nie będzie następnych dni.

Na razie nie chce tego głośno mówić, ale to nasza drużyna najbardziej obecnie nadaję się na misję samobójczą na tym odległym planie. Jesteśmy dobrze wyposażeni, zaprawienie w walce, mimo wszystko umiem współpracować ze sobą. Jest nas też stosunkowo mało, co zmniejsza prawdopodobieństwo wykrycia. Na razie raz wspomniałem o to przy drużynie, i widać po nich lęk, zresztą kogo oszukuję sam też się tego boję. Bardzo możliwe, że to będzie nasz koniec.

Następne dni, od nich wiele zależy.

View
Gdzie kończy się poselska godność?

Tak więc stało się. Ja, pokorny druid, człowiek oddany naturze, zyskałem wdzięczność króla, a co za tym idzie wystawny dom w stolicy i obietnicę przyznania tytułu szlacheckiego. Ja, który dotychczas stronił od miast, przedkładając nad to wolność i dzikie ścieżki. Jednak coś się zmieniło, coś we mnie … ewoluowało. Od małego zapatrzony w potęgę starszych z Kręgu, teraz widzę drogę do mocy przewyższającej to, co znali. Zadziwiające, jak doświadczenia zmieniają człowieka – im więcej potrafię, im dokładniej znam naturę, tym bardziej dociera do mnie, że aby ją dobrze chronić potrzebuję tego, w co tylko “ludzie” mogą mnie zaopatrzyć. Chodzi tu oczywiście o potężne artefakty, zdolne poszerzać możliwości ich posiadacza, zdobyczne, bądź kupione. I tak oto druid, obrońca natury, wpada w sidła pieniądza, zguby ludzkości. Jednak mniejsza o światopoglądowe dywagacje, ważniejsze jest to, co nas spotkało po wizycie u króla Halaana.

Nasze posłannictwo do Zalarenn zostało potwierdzone, przy czym król podkreslił jego wagę. Od naszego wstawiennictwa zależą losy królestwa Turthor – jeśli Zalarenn nie sprzymierzy się z nami, tylko utrzyma zwyczajową neutralność, królestwo północy upadnie pod naporem armii wychodzących z Kaylah. Co gorsze, nie będą to już niedługo tylko elfy. Z wiadomości zdobytych od uchodźców wiadomym mi jest, że Radeng robi co w jego mocy, aby przywrócić Mellifleura na nasz świat. Dostał się już na plan Gehenny, którym “bóg” nekromancji ma władać, i nie ustaje w powiększaniu wpływów nowej Plagi. Tak więc nalezy już niedługo spodziewać się, że zauroczone, głupie elfy zostaną zastąpione przez plugawiących świat nieumarłych. Otrzymaliśmy więc od króla, za pośrednictwem Antoniego, list żelazny, potwierdzający statów posłów, i za pomocą magii teleportacyjnej udaliśmy się do stolicy Zalarenn, Kendraquippy.

W mieście tym, po nieudolnej adaptacji do niesamowicie gorącego klimatu, udaliśmy się do straży, gdzie poinformowano nas, iż na audiencję zostaniemy przyjęci dopiero dnia nastepnego, gdyż Rada Starszych jest czymś bardzo zajęta. Udaliśmy się więc do karczmy, gdzie spotkaliśmy kilku nietypowo zachowujących się i niepasujących do tego miejsca elfów. Oczywiście, nasza droga mniszka poleciała do nich z marszu, jakby oczekiwała jakiegoś zbawienia. Co naturalne, nic ich ona nie obchodziła, ale widać już taka jest, skoro uwielbia, gdy ktoś ją ciągle ma za nic, i porzuca (za doskonałym przykładem nieocenionego wolnego ducha, Romeo, od dwóch dni kupującego bułki, na wieść o ciąży Adrihiel). Nie wiem, czy można jej ufać, ale elfie głowy z chęcią oglądałbym na palach przed murami miasta. Mając dość ich widoku, uznałem, że dobrym pomysłem będzie zarobienie trochę grosza. Uadłem się poza miasto, gdzie za skromną opłatę postarałem się, aby jeden z farmerów miał w tym roku plony większe niż zazwyczaj. Mimo pozyskanych pieniędzy, nadal mam wątpliwości, czy powinienem pomagać ludziom w wydzieraniu pustyni ziemi na zasiew. Gdy wróciłem do miasta, zastałem część drużyny przy dziwnej budowli “piramidzie” – obecnie muzeum. Pozostała część dnia upłynęła nam na rozpoznawaniu się w topografii miasta i miejscowych zwyczajach, a także szukaniu odpowiedniego wyposażenia, niestety, w to ostatnie miasto nie było zbyt dobrze zaopatrzone.

Wieczór upływał nam dość beztrosko, do momentu, gdy poselstwo Kaylah wróciło do karczmy – chcąc wyszpiegować od nich jakieś informacje, jako mucha śledziłem ich aż do pokoju, który okazał się leżeć tuż obok naszego. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle wydarzyło się coś, co nie powinno mieć miejsca – elfy złapały naszą hybrydę na podsłuchiwaniu. Nie wiem, może specjalnie chciała się podłożyć, żeby zdyskredytować naszą misję w oczach Rady? Bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ktoś uważał, że posłów królestwa znanego z magii da się ot tak podsłuchać przez drzwi. Miedzy nimi a nami zaczęła się niemal burda, wezwano straż, na co musiałem zareagować. Pomachałem im przed nosem glejtem, i poprosiłem, żeby przestali wtrącać się w waśnie między Kaylah i Turthor. Na szczęście, podziałało, musieliśmy jednynie stawić się nastęnego dnia na posterunku straży.

Kolejny dzień, miał być decydującym dla losów wojny. Na obradach nie udało nam się przekonać Rady do naszych racji, ale powstał w niej bardzo korzystny dla nas rozłam. Młodsi członkowie zrozumieli zagrożenie, i uznali nasze racje. Gdy audiencja dobiegła końca, podszedł do nas jeden z nich, i przedstawiając się jako Samael, przywódca Klanu Smoczej Łuski. Przybliżył nam obecną sytuację w Zalarenn – nawet jeśli Rada nie zgodzi się na wysłanie pomocy zbrojnej dla Turthor, władzę nad wojskiem sprawują trzy klany bitewne: Smoczej Łuski, Lwiego Kła i Białego Kruka. Wystarczy, aby dwa z nich wyraziły dla nas swoje poparcie, a zdobędziemy to, po co tu przybyliśmy. Udaliśmy się więc na poszukiwania pozostałych dwóch przywódców. Lewiatan, potężny człowiek, zgodził na się wspomożenie nas wojskiem wzamian za rozwiązanie problemu niebieskich smoków, które co jakiś czas atakują miasto. Wskazał jako ich siedzibe górę na południowy wschód od miasta. Drugi z liderów, Astaroth, nie był wobec nas zbyt przychylny, ale udało nam się wydostać z niego, za co mógłby nam pomóc. Opisał nam zjawisko Garncarza, i powiedział, że ostatnio wyrzeźbiona została jego córka.

Udaliśmy się najpierw do mieszkania Garncarza. Przed nim stał stos do palenia ofiar, i piec garncarski. Wewnątrz mieszkania zastaliśmy jąkającego się człowieka, który w swoim transie zsyłał śmierć na mieszkańców własnego miasta. Otaczały go półki pełne garnców z niewiarygodnie szczegółowo oddanymi twarzami ludzi. Biła od nich silna magia, którą udało nam się zidentyfikować jako neutralną magię objawioną. Jednak poza tym, w mieszkaniu nie znaleźliśmy nic, co mogłoby nas nakierować na właściwy trop, sam garncarz też niewiele nam pomógł. W poszukiwaniu informacji poszliśmy do miejskiej bilbioteki, gdzie po długim czasie, ustaliliśmy, że klątwa garncarza wynikła z podpisania w zamierzchłych czasach paktu pomiędzy mieszkańcami Kendraquippy a dawno zapomnianym bóstwem. Z racji na to, że piramida jest najstarszą budowlą w mieście, tam skierowaliśmy swoje kroki. Przekupując strażnika, odnaleźliśmy w środku hieroglif przedstawiający oko, otoczone płomieniem, jako symbol tego boga. Ofiary z ludzi, plagi lub zagadkowe śmierci w razie ich niezłożenia, bóg ognia… Kto za tym stoi, gdzie znaleźć rozwiązanie tej zagadki? Mamy już tylko trzy dni. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to wypytanie o to miejscowych kapłanów, przetrząśnięcie miasta w poszukiwaniu starodawnych katakumb, świątyni lub ołtarza. Czegoś nie zauważyliśmy, nie mogę tylko powiedzieć, czego…

View
Bitwa o Granice Turthor

Bitwa o Granice Turthor,
Atakujący: Kaylah, Obrońcy: Turthor

Siły Turthor składały się z 35 tys, piechurów, 10 tys. łuczników, 3 tys. konnych oraz 500 magów bitewnych. Bitwa rozegrała się o graniczne miasto Turthor.

Piechota została podzielona na 4 kompanie.

1 kompania miała 5 tys. zbrojnych oddelegowanych do obrony zachodniej bramy
2 kompania miała 5 tys. zbrojnych oddelegowanych do obrony wschodniej bramy
3 kompania miała 5 tys. zbrojnych oddelegowanych do obrony północnej bramy

5 kompania miała 20 tys. zbrojnych była to kompania wysłana poza miasto która wyszła naprzeciw wroga i miała na siebie przyjąć główne uderzenie (z południa, skąd nadchodził atak)

Jazda została podzielona na 2 kompanie po 1,5 tys. każda

4 kompania jazdy została wysłana poza miasto pod wschodnią bramę
6 kompania jazdy została wysłana poza miasto pod zachodnią bramę

Jedna kompania (10 tys.) łuczników razem z magami (500) zajęła pozycję na wzgórzu za 5 kompanią

Pierwszy atak nadszedł (zgodnie ze spodziewaniami) od południa, siły wroga podzieliły się jednak i część tylko część sił wroga rzuciła się na 5 kompanie reszta nacierała (od zachodu) na 6 kompanie jazdy.

5 Kompania wraz ze wsparciem łuczników i magów utrzymała pozycję tracąc 8 tys. zbrojnych w pierwszym uderzeniu, piechota wroga została rozbita.

Po rozbiciu piechoty 5 kompania rzuciła się dalej na magów i łuczników (którzy nacierali z piechotą), w tym ataku 5 kompania nie miała już wsparcia łuczników i magów (siły Turthor).
Żołnierze brnęli w śniegu ostrzeliwani z łuków, co chwilę wybuchały przy nich kule ognia palące ich kompanów.

Front zachodni: Gdy dowództwo siły Turthor zorientowało się, że część sił Kaylah naciera na zachodnią bramę posłano tam 4 kompanie jazdy. Wróg dotarł w okolice bramy prosto na połączone siły 4 i 6 kompanii jazdy Turthor. 3 tys. konnych uderzyło w piechotę Kaylah masakrując wielu zbrojnych jednak ta szarża była błędem dowództwa i jazda Turthor została rozbita nie niszcząc natarcia z tej strony.

W tym samym czasie rozpoczął się atak około 1/4 sił Kaylah od północy, dla dowództwa Turthor był to straszny szok. Nijaki Thomas zablokował magiczną barierą, północna bramę miasta. Siły Kaylah atakujące od północy w tym momencie przerzuciły się na wschodnią bramę.

1,2,3 kompanie piechoty Turthor dostawały całe masy sprzecznych rozkazów, wpierw miały bronić bramy zachodniej, potem tylko 1 miała bronić bramy zachodniej, a 2 i 3 północnej w końcu 2 i 3 zostały odesłane do wschodniej. Chaos w dowództwie Turthor potęgował smok walczący po stronie Kaylah który przybył z natarciem siły Kaylah od północy.

1 kompania razem z łucznikami i magami, starała się w końcu z siłami które nacierały od zachodu (siłami które zniszczyły jazdę Turthor). Siły Turthor (w sumie 15,5 tys. + 3 tys. jazdy= 18,5 tys.) zostały wyrżnięte co do jednego żołnierza, siłom Kaylah zostało 3,5 tys. łuczników którzy weszli do miasta.

W międzyczasie 5 kompania skończyła mordować magów Kaylah, przetrwało 4,5 tys. żołnierzy (z 20 tys.) Dostali oni rozkaz wycofania się i ukrycia, smok krążący nad polem bitwy zabił 500 zbrojnych.

Dowództwo obrońców starło się z bestią koło bramy wschodniej zabijając potwora. Przy tej bramie też kompanie 2 i 3 starły się z siłami Kaylah (które przybyły z północy). Walka była brutalna a losy bitwy mogły przesądzić się w każdej chwili. Dowództwo co prawda zabiło smoka, jednak Kaylah miało magów Turthor miało tylko 10 tys. zbrojnych na których od tyłu szarżowało 3,5 tys. łuczników (z frontu zachodniego). Właściwie w bramie wschodniej doszło do rzezi.
Zbrojni Turthor byli otoczeni, na szczęście 5 kompania przybyła i uderzyła w magów znajdujących się na tyłach sił Kaylach. 2 i 3 kompania dokonały wielkiego czynu pokonując łuczników i piechotę wroga, jednak 5 kompania dokonała czegoś boskiego.

W sumie w 2 i 3 kompanii piechoty zostało po około 3 tys. żołnierzy (z 5 tys. początkowych w każdej)
Natomiast w 5 kompani z 20 tys. zostało ledwo 2 tys. żołnierzy, którzy byli ledwo żywi.

Turthor wygrało bitwę jednak straty 5/6 armii było ogromną ceną za zwycięstwo. Tak ogromne straty były wynikiem: jednego (kluczowego) błędnego rozkazu dowództwa Turthor (szarży 4 i 6 kompanii) oraz braku ducha walki w 1 kompanii

View
Złowieszcze prześcieradło, latające słonie, wielka niewiadoma

… tak więc, po przekonaniu sfinksów do naszej formy rozwiązywania zagadek, udaliśmy się na spoczynek. Dzięki zdolnościom Thomasa, noc mogliśmy spędzić w całkiem przytulny schronieniu. Rano, kontynuowaliśmy nasze poszukiwania, przeświadczeni, że księga musiała być gdzieś w pobliżu. Uwagę naszą przykuła płyta wstawiona w portal z jakimś herbem, pełna pisma w dziwnym, nieznanym języku. Co gorsza, biła od niej wyraźnie wyczuwalna aura grozy. Zdolności elfki pomogły nam się dostać do środka, gdzie ukazał się naszym oczom grobowiec, otoczony bezdenną rozpadliną, z wąską kamienną dróżką prowadzącą do sarkofagu. Na wieku znajdowała się podstawka pod księgę, tej której szukaliśmy – niestety pusta. Na podłożu widać było ślady kogoś, kto tą księgę najwyraźniej zabrał. Jak zwykle, spóźniliśmy się. Na pocieszenie dusz, zdecydowaliśmy się sprawdzić grobowiec – no bo tak na dobrą sprawę, po co umarłym dobra materialne? A nam mogą się przecież przydać. Gdy tylko Gormak przesunął pokrywę, zaczęły się pojawiać duchy, z których jeden się wyróżniał. Wyższy, strasznie zachudzony, i o ile pozostałe były po prostu, ot, przezroczyste, to temu się zachciało zarzucić na siebie jakąś białą szmatę, prześcieradło czy co. Nigdy nie myślałem, że to, czym straszy się dzieci na wioskowych festynach może okazać się prawdą. W trakcie rozmowy z nim dowiedziałem się, że jest (był?) nekromantą, niesamowicie potężnym, w ogóle to bogiem (bo jakoby skradł Nerullowi część mocy), który dzięki księdze plugawego mroku powróci na świat. Mellifleur, bo tak się przedstawił, musiał trochę naginać fakty. To prawda, Gormak chyba niezbyt dobrze znosił jego towarzystwo, ale żeby od miał to być jakiś bóg? Nie wywarł na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia, ot, wspomnienie trupa, któremu się znudziło siedzenie w grobie. No i ten niby bożek zaczął nam grozić, że pomrzemy w tym zamkniętym grobowcu, czeka nas służba mu po śmierci i tak dalej. Nie powiem, im dłużej tak ględził, tym bardziej mnie łapska na niego świerzbiły. Co dziwne, półelfka oddała mu hołd – po kim jak po kim, ale po mnichu nigdy bym się tego nie spodziewał. Powtarzam, te hybrydy są po prostu niestabilne. No w każdym razie doszliśmy do wniosku, że pora stąd iść, powiedziałem mu co o nim sądzę, a ten … znikł. No groźny bóg nekromancji pełną gębą, nie ma co. Elfka zaczęła grzebać w zamku i po jakiejś godzinie nieudanych prób naszemu drużynowemu półczłowiekowi przypomniało się, że ma do tych drzwi klucz. No cóż, nie ma co po nich oczekiwać niewiadomo czego.

W końcu, wydostaliśmy się po małych przejściach z monastyru, i natknęliśmy się na kolejny problem. Jak zejść na dół? Odpowiedź jak się okazuje była niebywale prosta i logiczna. Polećmy na słoniu! Jakby to głupio nie zabrzmiało, przy połączonych siłach magii objawień i wtajemniczeń właśnie na słoniu zlecieliśmy ze szczytu i dotarliśmy do jakiejś wioski, aby uzupełnić zapasy, wywołując przy tym odrobinę zamieszania. Bez większych przeszkód, poza epizodem z lodowymi salamandrami, dotarliśmy stamtąd do Turthor, stolicy. Tam odwiedziliśmy świątynię Pelora, gdzie zostało załatwione przywrócenie Dave’a do świata żywych, i próbowaliśmy się dostać do króla, bądź też Zachariasza, aby powiadomić ich o wynikach naszych łowów. Na drodze stanął nam Antoni, z którego po dłuższym czasie udało się wydusić, że ani króla, ani Zachariasza w mieście nie ma, nie wiadomo gdzie się udali i kiedy wrócą. Po tym poszliśmy do miejscowej świątyni Nerulla, gdzie udało nam się namówić arcykapłana, aby za swoim pośrednictwem umożliwił nam zapytanie bóstwa o to, co mamy dalej począć. Jak zwykle, mój pomysł na jego treść okazał się nietrafiony, ale cóż, sami zadecydowaliśmy, gdzie zamierzamy się udać. Więc na front, na południe! Tylko co nas tam czeka?…

View
Konfrontacja z żywiołem, z deszczu pod rynnę

Tak więc kontynuowaliśmy naszą podróż przez trzewia Góry Atum. Tunele zapowiadane na siedliszcze żywiołaków ognia okazały się skrywać znacznie gorsze tajemnice. O ile uprzednie spotkanie z nieumarłym, który zmroził krew w żyłach niektórym z moich kompanów, można było wytłumaczyć w jakiś sposób, to reszta korytarzy i pomieszczeń jasno pokazywała, że mamy do czynienia z kryjówką nekromanty. Okazało się to oczywiste, gdy tylko Aridhel, jak na osobę o krwi zwinnych elfów, nabiła się z impetem na drewniany zaostrzony pal, pułapkę pod iluzją podłogi. Gdy już doszła do siebie, a my ruszyliśmy dalej, i po pokonaniu w wielce wyrafinowany sposób przeszkody w postaci drzwi, natknęliśmy się na trójkę nieumarłych, pilnujących pokoju czarnoksiężnika. Po szybkiej walce z truchłami (muszę chyba wziąć do serca słowa Thyrona, że druid nie powinien walczyć ludzką bronią, a kształtować otaczający go świat…), zaczęliśmy przeszukiwanie. Kapłan rzucił się z furią na onyksy i zaczął je niszczyć, a mi udało się odnaleźć pęk kluczy, których przeznaczenia niedługo się dowiedziałem.

Wkrótce udaliśmy się dalej, i przed kolejnymi drzwiami Dave dał się złapać w pułapkę z zatrutą strzałką. Na szczęście, nie była to jakaś silna trucizna, gdyż nikt z nas nie był w stanie sobie z nią poradzić. W pomieszczeniu odnaleźliśmy pancerz (zawłaszczony błyskawicznie przez Gormaka, ale przecież to jemu przyda się najbardziej), łuk, który wziął bard, oraz w skrzyni płaszcz i buty o nieznanych mi właściwościach (te przywłaszczyłem ja, w obawie przed krasnoludem, lecz później sprawiedliwie je rozdzielono), i sakwę z kośćmi do podziału. Po wyjściu w jednym z zamkniętych pomieszczeń znaleźliśmy wygłodniałych górników ocalałych z masakry i nakarmiliśmy ich, oferując ochronę w drodze do domu. Z racji na stan naszego kapłana, udaliśmy się na odpoczynek do wioski u podnóża góry, gdzie powitano nas, i uratowanych ludzi, radością i gorzałką.

Następnego dnia ruszyliśmy na spotkanie żywiołaków, zostawiając w karczmie pijanego w trupa krasnoluda. Gdy spotkaliśmy już władców ognia, uderzył mnie majestat i pierwotna moc tych istot, padłem więc przed nimi w szacunku i nadziei, że kiedyś, jako potężny druid, będę w stanie nad takimi jak one panować. Jedyne, co udało się Dave’owi osiągnąć w rozmowie z nimi, to deklaracja, że opuszczą kopalnię, gdy wydobędą wystarczająco dużo adamantytu. Po tych ustaleniach udaliśmy się do Kaylach (z dość zabawnym w moim wykonaniu incydentem z inteligentnym strażnikiem przy wulkanie), gdzie Adol, w zamian za wyświadczone przysługi i odrobinę cennej dla niego rudy zgodził się wykonać dla nas potężne przedmioty. Ciekawym, czy dobrze wybrałem.

Poszedłem później wypytać strażników przy bramach, czy nie widzieli przypadkiem Grenharda. Jak się okazało, nie dość że widzieli, to miał on być dziś oskarżonym w procesie. Sam proces był ewidentnie stronniczy, i wydaje mi się, że obrona w wykonaniu Romeo nie miała żadnego znaczenia, a tylko zaprowadziła tego nieszczęśnika do więzienia. Co oczywiste, proces skończył się publiczną egzekucją Grenharda. Natomiast, w zamian za wypuszczenie z więzienia naszego barda, dostaliśmy zadanie przekazać głowę posła na ręce króla Turtor. Coś czuję, że długo nie pożyjemy…

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.